Forum Michał Bajor - FORUM Strona Główna Michał Bajor - FORUM

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

E-teatr

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Michał Bajor - FORUM Strona Główna -> Ja mam spokój, mnie nie śledzi żaden widz / Prasa
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Karline
zBAJORowany


Dołączył: 04 Sie 2008
Posty: 3485
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 131 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: z nikąd
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 9:50, 09 Wrz 2008    Temat postu: E-teatr

zaprezentuje to, co znalazłam na portalu e-teatr.

Częstochowa. Michał Bajor na Dzień Kobiet
Wśród artystów występujących z okazji Dnia Kobiet pojawi się w Częstochowie także Michał Bajor. Przyjedzie z programem "Inna bajka"; taki sam tytuł nosi jego najnowsza nagrana płyta.

>>>Jak mówi sam wykonawca, album ten stanowi zwieńczenie jego ostatnich zainteresowań. Jest piętnastą płytą w jego dorobku, a więc jubileuszową. Znajduje się na niej 17 utworów śpiewanych po polsku. Teksty i muzykę napisali do nich autorzy i kompozytorzy zazwyczaj współpracujący z Bajorem, choć pojawiają się w tym gronie także nowe nazwiska, m.in.: Jarosław Kukulski, Jerzy Derfel, Andrzej Poniedzielski. Jest też niespodzianka - kompozycja "Dla duszy gram" samego Bajora.<<<

Pieśniarz ten (bo piosenkarzem trudno go nazwać), choć budzi kontrowersje, ma jednak chyba więcej zwolenników niż przeciwników. Bowiem nawet ci, którzy nie lubią jego specyficznego głosu, przyznają, że to artysta bardzo dbający o warsztat oraz poziom muzyczny i literacki wykonywanych utworów. A każdy dostrzega, że śpiewak przemierzający Polskę i zagranicę z coraz to nowymi programami, wprowadził do polskiej rzeczywistości muzycznej wiele utworów, np. "Ja, wbity w kąt", "Ogrzej mnie", "Walc na tysiąc pas", mających dziś rangę przeboju, jeśli nie standardu. Owszem to artysta kameralny, osobisty, skupiony na uczuciach, ale też bardzo dbający o uczucia słuchaczy.

Klub Politechnik, 8 marca, godz. 18&raquo;

"Michał Bajor przywozi paniom inną bajkę"
tp [Tadeusz Piersiak]
Gazeta Wborcza - Częstochowa nr 57
07-03-2008

ten wytłyszczony i podkreślony tekst wprawił mnie w świetny humor... popłakałam sie ze śmiechu...



Recital śpiewającego aktora

Piosenki Michała Bajora nie miewają banalnych tekstów i pod tym względem nowy repertuar nie odbiega od poprzednich. Dużo jest tu zabawy słowem i nienachalnego humoru. Nic dziwnego, skoro piszą je tacy artyści słowa jak Andrzej Poniedzielski i Roman Kołakowski - po recitalu warszawskiego aktora w Słupsku pisze Łukasz Wójcik w Głosie Pomorza.

&laquo;Artystę znamy jako wykonawcę z gatunku naładowanej emocjonalnie piosenki aktorskiej, tym razem inspirowanej muzyką południa. W sobotę przekonaliśmy się, co znaczy inna bajka w wykonaniu Michała Bajora.

Samba, rumba, flamenco, tango - to rytmy, które dominują na nowej płycie zatytułowanej właśnie "Inna bajka". Artysta do współpracy przy niej zaprosił bardzo dobrych kompozytorów, pracujących z nim od lat, ale też po raz pierwszy, np. Jarosława Kukulskiego.

Piosenki Michała Bajora nie miewają banalnych tekstów i pod tym względem nowy repertuar nie odbiega od poprzednich. Dużo jest tu zabawy słowem i nienachalnego humoru. Nic dziwnego, skoro piszą je tacy artyści słowa jak Andrzej Poniedzielski i Roman Kołakowski.

Nowe rytmy przypadły do gustu słupskiej publiczności. Nowa, świeża twarz Bajora zachwyciła wielu. Ci, którzy już zdążyli zapoznać się z płytą mieli okazję usłyszeć anegdoty o powstaniu wielu utworów na niej zawartych, bo Michał Bajor opowiada równie ciekawie, jak profesjonalnie śpiewa.

Ale przede wszystkim ujmuje swoim gorącym temperamentem. A przewrotny apel zawarty w jednej z piosenek "chcesz bym śpiewał ci flamenco" trafia do wszystkich. Artysta z Opola pokazał, że jest tak dobrym aktorem, że w następnym filmie może zagrać gorącokrwistego Hiszpana.&raquo;

"Recital śpiewającego aktora"
Łukasz Wójcik
Głos Pomorza online/19.02.
22-02-2008



Wieczny chłopiec-

Zaczęło się "Uczuciami" w 1998 r., potem było "Kocham jutro", "Twarze w lustrach", "Za kulisami". Te cztery płyty, z ich nowym brzmieniem, większą melodyjnością, pokazują, że nie stoję w miejscu - mówi warszawski aktor i piosenkarz MICHAŁ BAJOR.

"30/30. Największe przeboje" - to tytuł płyty oraz koncertu, który odbył się w niedzielę w Filharmonii Lubelskiej. Trzydzieści wybranych piosenek z trzydziestu lat pracy na scenie. Taki jubileusz budzi respekt, tylko jakoś trudno pogodzić wizerunek Pana, wiecznego chłopca, z tą trzydziestką. Czy to było "oficjalne" pożegnanie z młodością?

Tak naprawdę śpiewam już 33 lata, ale płyta "30/30" nie jest ani pożegnaniem, ani żadnym podsumowaniem.
To podkreślenie, że jestem tak długo ze swoją publicznością, ze swoimi piosenkami. To spis mojego śpiewanego życia. Wydanie tej płyty i DVD było bardzo przyjemnym momentem. Absolutnie nie zamierzam wyrzekać się tego wiecznego chłopca, który we mnie jest. Rodzina i przyjaciele twierdzą, że przed laty, z włosami zaczesanymi do tyłu, wyglądałem starzej niż dziś. Ja też wolę swój obecny image. Przez to, że ciągle w moim życiu coś się dzieje, co półtora roku nagrywam nową płytę, pracuję z coraz młodszymi kompozytorami i autorami, nie czuję niszczącego upływu czasu. Nie pragnę stać się pomnikiem piosenki literackiej i jak Ewa Demarczyk oceniać innych, przyznając swoje nagrody. Broń Boże!


Ewa była wielka i niezmienna, a Pan ciągle w drodze...

- I nawet coś tam sobie podkradam od młodszych artystów. To widać po moich ostatnich krążkach, zaczęło się "Uczuciami" w 1998 r., potem było "Kocham jutro", "Twarze w lustrach", "Za kulisami". Te cztery płyty, z ich nowym brzmieniem, większą melodyjnością, pokazują, że nie stoję w miejscu. Szukam odskoczni od percepcji moich wiernych słuchaczy.

Mówi Pan o kobietach?

- Oczywiście, mój elektorat to głównie kobiety i tak ma być. Odzwyczaiłem je od mojego drżącego głosu, którym wyróżniałem się na początku kariery. Już nie jestem rozwibrowanym, dramatycznym Bajorem w garniturze. Wyluzowałem się. Mam to vibrato w głosie wtedy, kiedy potrzebuję, a nie wtedy, kiedy ono chce.

Odpuszcza Pan męskiej publiczności?

- Trudno wymagać od faceta, który walczy o byt rodziny, aby po przyjściu do domu słuchał "Ogrzej mnie". Kobiety mają większą wyobraźnię, więcej czasu na marzenia i dlatego tworzą kulturę świata. A mężczyźni - piłka nożna, kariera, może jakiś dobry kabaret, żeby się pośmiać. Wcale tego nie ganię, chciałbym jednak, żeby oni nie ganili mojej muzyki i nie "katowali" swoich żon za to, że słuchają Bajora. Czasami kobiety mówiły, że są na granicy rozwodu przez te moje piosenki, a ostatnio podeszła do mnie znana dziennikarka i wyznała, że z mojego powodu jest już po rozwodzie i bardzo, bardzo mi za to dziękuje.

Kiedyś Jacques Brel był dla Pana mistrzem. Dalej Pan go lubi?

- Oczywiście. Podczas koncertów "30/30" bardzo mocno podkreślam, że Brel stał się kropką nad "i" mojego zaistnienia na scenie muzycznej i teatralnej. Brel, a wcześniej Brecht. Nie rozwinąłem tej fascynacji tak, żeby nagrać płytę, ale mam ją w planach - taką okazjonalną, niekoncertową. Czuję, że powinienem włączyć do swojego repertuaru, choćby tylko fonograficznie, kilka piosenek francuskich i może włoskich, bo to dwa najpiękniejsze dla mnie języki "piosenkowe", w każdym razie w uprawianym przeze mnie gatunku muzyki.

Zdaje się, że sporo czasu poświęcił Pan na naukę języków obcych?

- Znam nie najgorzej angielski, rosyjski, słabiej włoski, a bardzo chciałbym biegle się nim posługiwać.

Jakieś plany związane z Włochami?

- Uwielbiam ten kraj. Jestem zapalonym podróżnikiem, a Włochy to mój numer jeden. Jeżdżę tam od wielu lat, przemierzyłem półwysep wzdłuż i wszerz. Interesuje mnie wszystko, kultura i krajobrazy, ale przede wszystkim ludzie. Włosi mają mnóstwo wad (kto ich nie ma?), są niepunktualni i nierzetelni, a jednak dają mi poczucie psychicznego komfortu.

Pan jest punktualny? Rzadka cecha u pięknoduchów.

- Niestety do obłędu, przez co należę do nielicznej grupy na świecie. Mnie to "kładzie", a większość ludzi "ma do przodu", ponieważ nie nabawią się takich wrzodów żołądka jak ja. Punktualni sami sobie zatruwają życie.

Jako turysta, na własną rękę, dokąd Pan jeszcze zawędrował?

- Na Hawaje, do Meksyku, dość dokładnie zwiedziłem obie Ameryki i Kanadę, co łączy się z wielką ilością koncertów, którą tam miałem, ale prywatnych wypadów też było niemało.

Pisarz - noblista J.M. Coetzee, także podróżnik, napisał, że godziny spędzone w samolocie to strata czasu. Chciałby chyba latać z prędkością światła. Pan też tak uważa?

- Nie, bo ja lubię samoloty. Latanie nie kradnie mojego czasu - czytam książkę, oglądam film, snuję marzenia o tym, co mnie spotka tam na miejscu. Wracam też z przyjemnością, bo lubię opowiadać moim bliskim o tym, co widziałem. Jestem dla nich takim probierzem, wskazówką, dokąd warto jechać. Przede wszystkim musi być bezpiecznie, ja nie jestem Kapuścińskim, który pchałby się w paszczę lwa. Nie musi być luksusowo, chociaż nie ukrywam, że trochę jestem francuski piesek.

Podejrzewam więcej, że jest Pan wyrafinowanym estetą - wystudiowane mieszkanie, markowe ubrania. Czy tak?

- Nie do końca. Jestem wielkim bałaganiarzem, po całym domu rozrzucam różne papiery, dokumenty, zdjęcia, także koszule, spodnie, mimo że mam garderobę tak dużą, że można do niej wejść.

Czym jest męska elegancja, jakich zasad Pan się trzyma?

- Różnie z tym bywa, znajduję czasami w sklepach rzeczy nieopatrzone żadną marką, a znakomite. Więc sądzę, że najważniejszy jest dobry gust, a ja nie jestem go pozbawiony. Liczy się dobry materiał, sposób wykończenia, guziki, ale nie dajmy się zwariować. Gdybym mieszkał w Hollywood, musiałbym zwracać większą uwagę na ciuchy, bo taki jest tam styl i publiczność to uwielbia. Nawet ludzie, którzy sami niewiele mają, ekscytują się szóstą sukienką Jennifer Lopez założoną podczas jednego wieczoru.
Nie mam obsesji na punkcie ubioru, pokazuję się w telewizji w tym samym ubraniu dwa czy nawet pięć razy, bo uważam, że facet nie musi się co chwila przebierać. Ale nie jestem też zwolennikiem zasady, że wystarczy jeden garnitur. Nie lubię syndromu niedbałego, niechlujnego mężczyzny. Nie będę już mówił o politykach w różnych krawatach, którzy tylko udają, że są ubrani.

Pan nie unika lustra?

- Być może artysta to mniej męski zawód niż wszystkie inne, bo wymaga patrzenia w lustro, w kamerę. To jednak nie świadczy ani o zniewieścieniu, ani o jakimś szczególnym narcyzmie. Po prostu - trzeba umieć się trzymać.

W Internecie jest galeria zdjęć z podróży Michała Bajora. Prawie zawsze jest Pan na nich sam, bez kobiet. Dlaczego?

- I będę sam. Taki jest mój wybór i moja wola. Dla kobiet mam szacunek i uwielbienie za ich mądrość, piękno, tolerancję. Nie istniałbym bez kobiet. Przyjaźnię się z nimi, unikam jednak słów w rodzaju: Mam mnóstwo przyjaciół, bo bywa, że nie mam ich wcale. Wystarczy, że jest wokół mnie kilku bardzo dobrych znajomych.
Kiedyś Magda Umer spytała, czy żyjąc samotnie, jestem szczęśliwy. Potwierdziłem. Nie uwierzyła. - Zobaczysz, za 20 lat będziesz inaczej śpiewał, prorokowała. Nie wiem, czy mój wybór był słuszny czy nie. Nie mam nad tym władzy, nie przeskoczę swojej biologii, swojego myślenia i przyzwyczajenia, swojego ego - męskiego i artystycznego. Jestem starym kawalerem, a każdy i tak będzie dodawał mi jakieś łaty i epitety. Jestem sam i absolutnie nikogo tym nie krzywdzę, poza mną samym, bo to ja nie usłyszę: tatusiu, dziadku. Kiedyś sąsiadka powiedziała mojej mamie: No cóż, nie ma pani wnuków. Nie, proszę pani - odpowiada mama - to mój syn nie ma dzieci. Na szczęście bratu Piotrowi urodziła się córka, moja chrześnica, więc ród jest przedłużony.

Zagrał Pan kilkadziesiąt ról w filmie, teatrze i telewizji. Czy po Neronie pojawiły się nowe propozycje?

- Nie, reżyserom najwidoczniej przeszkadza mój dorobek - 350 piosenek napisanych specjalnie dla mnie i 14 nagranych płyt. Jesteś piosenkarzem - mówią z wyższością artysty "z prawdziwego zdarzenia". Ja mam ogromną widownię, którą przyciągnąłbym do kina, ale w Polsce jest tradycją, by sztukę estradową traktować jako podrzędną wobec teatru i filmu. Sam jestem teatromanem, jednak żal mi, że nie mogę zostać taką Cher polskiego kina, która zdobywa i Oscary, i sprzedaje miliony płyt. Ludzie, którzy przejdą do historii kultury, a mam wrażenie, że już w niej jestem, za życia są traktowani gorzej niż ich mniej twórczy koledzy.

Wielką gwiazdą jest teraz Piotr Rubik, który dla Pana komponuje od 15 lat. Publiczność go kocha, a krytycy nie znoszą. Dlaczego?

- Myślę, że to się sprzęgło z librecistą, ja też nie przepadam za tekstami Zbigniewa Książka. Piotr napisał dla mnie ponad 50 piosenek, oceniam go jako bardzo dobrego kompozytora. Cała afera wokół Rubika wynika stąd, że nigdy nie wybaczymy artyście, który w krótkim czasie zarobił duże pieniądze. Drażni nas, gdy innym jest dobrze.

"Wieczny chłopiec"
Teresa Dras
Kurier Lubelski nr 52/02.03
05-03-2007


jest tam dużo więcej artykułów, niektóre są typową kopia wikipedii, a inne nietypową, ale j=może tam cos jeszcze znajdziecie dla siebie...


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez Karline dnia Wto 10:23, 09 Wrz 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Melpomene
Usiłuje się pogłębiać


Dołączył: 29 Sie 2008
Posty: 260
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warszawa
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 15:19, 08 Wrz 2008
PRZENIESIONY
Wto 18:45, 09 Wrz 2008    Temat postu: WYWIADY

Zapraszam do rozmowy w tym temacie, który w pełni jest poświęcony rozmowom przeprowadzonym z Michałem. Zamieszczajcie linki do wywiadów znalezionych w sieci, komentujcie i wyciągajcie wnioski.

Skleiłam te dwa tematy w jeden.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karline
zBAJORowany


Dołączył: 04 Sie 2008
Posty: 3485
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 131 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: z nikąd
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:22, 09 Wrz 2008    Temat postu:

Za rok o tej samej porze

Z Michałem Bajorem o teatrze i filmie rozmawia Agnieszka Domka-Ryb



- Debiutował pan na scenie w roli wilka w adaptacji "Czerwonego Kapturka"?

- Jako 9-letni chłopak zagrałem w "Czerwonym Kapturku". U ojca w teatrze. Miałem wielką głowę wilka założoną na moją, jak kapelusz - żebym mógł dobrze widzieć widownię. Wystąpiłem w brązowo-czarnym kostiumie, zrobionym przez tatę, który jest aktorem i plastykiem. Prowadził wówczas zespół teatralny, jeździliśmy po różnych szkołach. Pierwsza piosenka w telewizji? Miałem wtedy 13 lat. Zaśpiewałem na Festiwalu Piosenki Młodzieżowej w Poznaniu.

- Michał Bajor to bardziej piosenkarz czy aktor?


- Wolę śpiewać, choć bardzo lubię kino.

- Gdyby jednak zdarzyła się sytuacja, że trzeba by było zrezygnować ze śpiewania i zająć się tylko filmem. Odważyłby się pan to zrobić?

- Tak by nie było nigdy! Chyba że musiałbym grać nieme role, czyli inaczej: straciłbym głos. Piosenka będzie szła za mną do końca życia, a kino będzie sporadyczne. Nie jesteśmy Francją, Wielką Brytanią czy Ameryką. Kręcimy bardzo mało filmów. Nie należę też do żadnej stajni aktorskiej ani menedżerskiej. Mam swój teatr piosenki, który mnie satysfakcjonuje, uniezależnia. Powoduje, że czuję się potrzebny i szczęśliwy. Mam widownię, która jest coraz szersza. Na moje koncerty przychodzą różne pokolenia, matki przyprowadzają dzieci.

- Tatusiów przychodzi trochę mniej...

- Z prostej przyczyny, mój repertuar jest bardziej dla pań. Tak mi się wydaje.

- Trudno być artystą wielopokoleniowym?

- Jestem w idealnej sytuacji. Nie muszę boksować się z kolejką artystów czekających, żeby wskoczyć na moje miejsce.

- Są piosenki, które śpiewa pan na każdym koncercie?

- Publiczność zawsze czeka na "Ogrzej mnie", "Nie chcę więcej", "Moja miłość największa" czy "Popołudnie". Staram się to śpiewać, choć od niektórych piosenek odpoczywam i później do nich wracam.

- Gdzie najdalej pan występował?

- Najdalej i najciekawiej było na Hawajach. Wybudowano scenę na prywatnym basenie. Polonia przyszła ze swoimi leżakami, poduszkami, matami. Zapalono hawajskie lampy. Było niewiele osób, w Honolulu mieszka tylko 100 Polaków. Pamiętam, że dzieci patrzyły na mnie, jak na dziwadło, które przyleciało i kłapało coś niezrozumiale. Szybko przecież śpiewam i dzieci nic z tego nie rozumiały. Tego wieczoru było zaćmienie Księżyca. To było coś fascynującego.

- Ile razy przeczytał pan "Quo vadis"?

- Dwa razy. Przeczytałem tę książkę wiedząc, że Jerzy Kawalerowicz szykuje się do filmu, chociaż jeszcze nie wiedziałem, że będę startował w konkursie do roli Nerona. Ale zrobiłem tak, bo coś mnie tknęło, czy może nie spróbowałbym swoich sił w tym filmie. Napisałem list do Kawalerowicza z propozycją, że chciałbym stanąć do zdjęć próbnych. I wygrałem.

- Dlaczego właśnie Neron?

- Neron był przede wszystkim artystą. Władcę z niego zrobiono. Zrobiły to czasy, w których żył, jego matka. Myślę, że gdyby miał taki wybór, zostałby tylko artystą, a nie cesarzem. Trudniej zagrać władcę, artystę łatwiej. Artysta jest władcą dusz. Nie mogłem zagrać ani Ursusa (śmiech), ani Winicjusza, ani Petroniusza, no... może Chilona, ale to dopiero za parę lat, jeszcze jestem na to za młody. Także z tych wszystkich głównych ról najbardziej interesował mnie Neron, nie myślałem o rolach pobocznych.

- Lubi pan Nerona dla samego Nerona?

- Lubię - jak każdy aktor - złożonych bohaterów. Nie zagrałem Nerona, ponieważ to kapitalna postać, ale po to, by stoczyć walkę z tą trudną postacią i myślę, że tę walkę wygrałem. Nie będę skromny, ale uważam, że ta rola przejdzie do historii, będzie serialowo pokazywana przez długie lata, jak np. "Królowa Bona" czy "Krzyżacy". Dla mnie "Qou vadis" jest filmem dobrym, choć mógł być bardzo dobrym. Krytyka oceniła go gorzej niż średnio, publiczność lepiej go przyjęła - 5 milionów widzów to przecież niemało. Cieszę się, że wziąłem w nim udział. To było wspaniałe doświadczenie i wielkie wyzwanie stanąć ponownie na planie. Po "Quo vadis" nie dostałem żadnej propozycji filmowej, ale wcale nie płaczę z tego powodu. Mam swój teatr piosenki.

- Spektakl "Za kulisami", zrealizowany przez Teatr Impresaryjny "Antrakt" w Bydgoszczy, obejrzeliśmy niedawno w Operze Nova. Ujawnia kulisy pewnych zdarzeń z udziałem aktorów. Powiemy tym, którzy go nie widzieli: jakich zdarzeń?

- Nie mogę ujawniać szczegółów, bo to jest spektakl, na który ma przyjść widownia. To komedia liryczna, w której grupa artystów (także ja) jedzie na koncert. Samochód się psuje. Zaczynają dzwonić komórki, w których odzywają się między innymi Krystyna Janda, Joanna Pałucka, mój brat Piotr. Te rozmowy prowokują do pewnych zwierzeń, opowiadań, a przede wszystkim piosenek - podczas spektaklu śpiewam ich 16. Jednak nie tylko śpiewam. Jestem też aktorem, który prowadzi akcję z dwoma kolegami, moim menadżerem i pianistą. Podpieram się tymi rozmowami. Są zabawne.

- Zobaczymy spektakl w Bydgoszczy jeszcze raz?

- Zwykle przyjeżdżam do Bydgoszczy dwa razy z danym tytułem, najczęściej w marcu. Tak więc pewnie spotkamy się za rok o tej samej porze.

"Nie chcę więcej"
Agnieszka Domka-Ryb
Gazeta Pomorska nr 67
19-03-2004


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karline
zBAJORowany


Dołączył: 04 Sie 2008
Posty: 3485
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 131 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: z nikąd
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:23, 09 Wrz 2008    Temat postu:

Rudy i chudy


- W szkole byłem komikiem, a potem okazało się, że jestem aktorem tragicznym. Większość ról teatralnych i filmowych była raczej dramatyczna niż komediowa - mówi MICHAŁ BAJOR.

- Grał pan w teatrze i filmie, to mnie nie dziwi, bo przecież skończył pan studia aktorskie. Jako dziecko brał pan lekcje tańca gry na fortepianie. Nie znalazłam śpiewu.

- Śpiew nie był nauką jako taką. Chodziłem do szkoły muzycznej na lekcje solfeżu, ale krótko, bo mnie to nudziło. Śpiew był moją druga naturą, po mamie i tacie. Moja rodzina jest bardzo muzykalna, więc śpiew to sprawa wrodzona. Tata - aktor lalkowy z ciągotami do dramatu, dobrze śpiewający, bardzo muzykalny, także malujący, a brat jest plastykiem i aktorem po tacie. Mama była nauczycielką klas początkowych. Teraz jest na emeryturze, jak i tata. Mama jest również muzykalna. Jej siostra jest pianistką, mieszka w Londynie. Druga siostra mamy też gra na pianinie. Babcia z kolei pięknie śpiewała operowo. Nas też wychowywała w atmosferze opery i muzyki.

- Rodzinny dom jest bardzo istotny dla naszego rozwoju.

- Rosłem w klimacie pedagogiczno-artystycznym. Obowiązywały takie wartości jak punktualność, zasady, ale i nagrody za to, bo mama była niezłym pedagogiem. Rodzice nie należeli do żadnej partii. Gdy naciskano na mamę, żeby przyjęła dziecko jakiegoś notabla do swojej klasy, odmawiała. Ilość ławek była ograniczona, a o mamie szła dobra fama, stąd te naciski. Tata uczył się ról, mama przygotowywała konspekty, śledziła nowinki, których dziś szukają nauczyciele zapewne w internecie.

- Śpiewał pan w dzieciństwie?

- Od małego. Byłem wilkiem w "Czerwonym kapturku" u ojca, tam też się śpiewało. Wiadomo było już wtedy, że będę artystą.

- Na spotkaniach rodzinnych także?

- Oczywiście. Z babcią się wygłupialiśmy, graliśmy teatrzyki rodzinne, przebieraliśmy się z mamy najmłodszą siostrą w za duże garnitury dziadka, sukienki, były szminki na policzkach. Już wtedy mówiono, że w teatrze skończę. A na pewno na scenie.

- Pan też tak sądził?

- Absolutnie tak, od kiedy tylko zacząłem chodzić. Jak rodzice kupili pierwszy telewizor, a miałem wtedy 4 czy 5 lat, mówiłem, że ja umiem lepiej niż artyści w okienku. W szkole muzycznej chodziłem na rytmikę i chór, który szybko mi się znudził. Wszystko jednak biegło w stronę artystyczną. W liceum zauważono już to bardzo mocno, bo folgowano mi na niektórych przedmiotach, których kompletnie nie umiałem. Byłem noga z matematyki, fizyki i chemii. Nauczyciele przedmiotów humanistycznych zwracali uwagę na to, że chodziłem do dwóch szkół, że zdobywałem dla szkoły nagrody, że miałem zainteresowania w konkretnym kierunku i z tych przedmiotów niezłe oceny. Tak więc nie byłem leniem, który nic nie robi i się obija. Miałem świetnego matematyka, który rozpoczynał lekcję odpytując najpierw tych, którzy nic nie robili, nie uczyli się ani polskiego, ani matematyki, i tym stawiał dwóje. Był dla nich bardziej surowy niż dla mnie. Tym, którzy mieli bardzo dobre oceny z przedmiotów humanistycznych, pomagał.

- Do warszawskiej szkoły teatralnej dostał się pan za pierwszym razem?

- Udało mi się. Byłem już po filmie Agnieszki Holland, u której zagrałem jeszcze w liceum, po Zielonej Górze, minęły 3 lata. Nie sądzę, by ci z komisji pamiętali, może profesor Aleksander Bardini. Ale nie Aleksandra Śląska, Zofia Mrozowska czy Ryszarda Hanin. Tak jak nie przypuszczam, by dziś Krystyna Janda czy Teresa Budzisz-Krzyżanowska oglądały festiwal w Opolu czy Sopocie.

- Jak wyglądał ten pana egzamin?

- Zagrałem kilka scen, powiedziałem kilka wierszy. Komisji podobało się, że chudy, rudy, z długimi włosami, taki strasznie świeży. Trochę się zastanawiali, co ja będę grał z taką urodą - może króla Maciusia? W szkole byłem komikiem, a potem okazało się, że jestem aktorem tragicznym. Większość ról teatralnych i filmowych była raczej dramatyczna niż komediowa.

- Pierwsze doświadczenia filmowe zdobywał pan u Holland.

- Grałem wtedy z Beatą Tyszkiewicz, jako licealista drugiej klasy. Był też Marek Bargiełowski i bardzo zdolna Krysia Wachelko-Zalewska, która zniknęła ostatnio. To był czteroosobowy film, bardzo kameralny, według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Potem grałem z Krystyną Jandą, ona poleciła mnie Edwardowi Żebrowskiemu, ten Sławomirowi Idziakowi, potem były filmy waszego (ze Szczecina - przyp. E.K.) Jacka Koprowicza - "Medium", "Przeznaczenie", "Alchemik". To były specyficzne filmy, literackie, ambitne. Może tamte czasy miały inną percepcję? Dzisiaj widz opętany jest Big Brotherem i innymi idiotyzmami w komercyjnej i publicznej telewizji. Ja jeszcze się załapałem na złoty okres, gdy praca była przyjemnością, poprzeczka była wyżej postawiona. Wtedy miliony ludzi chodziły do kina, a dziś to się zdarza tylko na "Ogniem i mieczem" czy nawet "Quo Vadis", średnio udanym, ale jednak z 5 milionami widzów.

- Jak pan się w tych czasach Big Brothera znajduje?

- Mam swój teatr piosenki, tysiące fanów, którzy zapełniają - jak w Szczecinie - sale, kupują moje płyty, bilety za ciężko zarobione pieniądze. Mam świetną publiczność, dla której i dzięki której żyję i pracuję.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Karline dnia Wto 20:26, 09 Wrz 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karline
zBAJORowany


Dołączył: 04 Sie 2008
Posty: 3485
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 131 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: z nikąd
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 6:46, 15 Wrz 2008    Temat postu:

Jestem intuicjonistą-

Z MICHAŁEM BAJOREM, wybitnym aktorem i piosenkarzem, rozmawia Krzysztof Lubczyński

Winszuję z okazji obchodzonych dzisiaj przez Pana 50. urodzin. Jak Pan się czuje jako pięćdziesięciolatek?

- Bardzo średnio, nie lubię takich okrągłych rocznic. Myślę, że to odczucie wiąże się z wyobrażeniem sobie, że się przekracza teoretyczną połowę życia, owe wyśpiewywane tak często "sto lat, sto lat".

Po pamiętnych występach na festiwalach w Zielonej Górze i Sopocie, gdzie jako 16-latek zaśpiewał Pan brawurowo "Siemionowną", zaangażował się Pan najpierw w pracę aktorską, tworząc intrygujące kreacje w filmach "W biały dzień" Edwarda Żebrowskiego, "Był jazz" Feliksa Falka, "Limuzynie Deimler-Benz" Filipa Bajona, czy w nominowanym do Oscara "Hanussenie" Istvana Szabo u boku Klausa Marii Brandauera. Nie żal Panu filmu?

- Żal, ale niestety nie ja piszę scenariusze. Reżyserzy wbili sobie do głowy, że ja jestem teraz ten, co śpiewa. Do swoich filmów zaczęli natomiast angażować m.in. piosenkarki popowe albo grupy rockowe, co spowodowało bełkot, ponieważ oni źle grają, choć pewnie według nich ja z kolei lepiej gram niż śpiewam. No cóż, skoro jednak reżyserzy tak się uparli, to ich strata, bo gdyby mnie zaangażowali, to - tu będę złośliwy - mieliby więcej widzów, moich, piosenkowych. To kino artystyczne całkiem nie umarło, bo pojawiły się piękne filmy Andrzeja Barańskiego czy Roberta Glińskiego, ale jest w stanie szczątkowym.

Ostatnia, jako dotąd, Pana rola po długiej przerwie, to Neron w "Quo vadis" Kawalerowicza. Zagrałby Pan znów w filmie?

- Bardzo bym chciał, ale nie piszę scenariuszy i nie należę do żadnej stajni aktorskiej, żyję w swoim świecie teatru piosenki Michała Bajora. Chciałbym, żeby ktoś znowu doszedł do wniosku, że ten facet umie grać, ale wielkich nadziei nie mam. Kawalerowicz zaryzykował i wygrał, przynajmniej gdy chodzi o moją rolę.

Brakuje Panu takiego kina, w jakim brał Pan udział, także jako widzowi?

- Brakuje, ale mam wrażenie, że przez politykę i decydentów telewizji i radia, to kino odeszło w przeszłość nieodwracalnie. Ilość papki, którą szczególnie młodym ludziom serwują media, wmawiając, że to jest właśnie kanon i wzór, spowodowała, że ta publiczność jest zainteresowana wyłącznie pstrokacizną. Młodemu pokoleniu zrobiono ogromną krzywdę, oduczając młodych ludzi od myślenia i wyobraźni, choćby od czasu do czasu, odbierając im też wybór. Ta oferta poszła po najmniejszej linii oporu, więc włosy stają mi dęba, gdy oglądam telewizję i słucham radia. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chodzi mi o to, by puszczano bez przerwy moje piosenki. Jednak między moim śpiewaniem, które nazywam popem literackim, a - nazwijmy to - trele-morele w stylu "aj law ju bejbi", jest jeszcze jakiś środek, ale ten środek również odrzucono, więc mamy eskalację złego gustu kultury.

W tym roku mija 20 lat od ukazania się Pana pierwszej płyty "Michał Bajor Live". Jak postrzega Pan te 20 lat śpiewania i jego ewolucję ze swojego punktu widzenia?

- Zachowując siebie, nie zdradzając literackości, od 1998 r. wprowadziłem do swojego śpiewania więcej melodyjności, przez co zyskałem większą liczbę słuchaczy, ale wciąż są to słuchacze wysmakowani. Dlatego też nie zamieniłbym się z żadnym X czy Y na kariery.

Dlaczego najczęściej śpiewa Pan o miłości?

- Ale to chyba każdy najwięcej śpiewa o miłości, od Edyty Geppert po Dodę.

Tak, lecz Pan śpiewa o niej w sposób - w najlepszym znaczeniu tego słowa - tradycyjny, co by świadczyło, że wielu ludzi za takim nienowoczesnym kształtem miłości tęskni, skoro ma Pan tylu słuchaczy..

- Możliwe, ale przyznam, że gdy śpiewam, to nie za bardzo się zastanawiam, nie kombinuję, skąd bierze się takie a nie inne wzruszenie. Jestem raczej intuicjonistą

Jakie mam Pan teraz plany?

- Nagrywam piętnastą, jubileuszową płytę, której premiera odbędzie się pod koniec września. Będzie w niej dużo nowych rzeczy, kompozycji związanych z tańcami, czyli np. z charlestonem, walcem, flamenco, tangiem, bossanovą. Będzie to płyta estradowo-taneczno-melodyjna, z zachowaniem wspaniałych tekstów moich stałych autorów, do których ostatnio dołączyli m.in. Andrzej Poniedzielski czy Jacek Bończyk. Do tego dojdzie kilku młodych kompozytorów, czyli będzie także oddech młodego pokolenia. Ta płyta będzie puentą moich poszukiwań od 1998 r.


"Jestem intuicjonistą"
Krzysztof Lubczyński
Trybuna online
13-06-2007


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Karline dnia Pon 6:48, 15 Wrz 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karline
zBAJORowany


Dołączył: 04 Sie 2008
Posty: 3485
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 131 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: z nikąd
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 6:56, 15 Wrz 2008    Temat postu:

Cały czas podróżuję

Pasjonuje się pan motoryzacją...

Po prostu bardzo lubię jeździć samochodem. Może nie jestem człowiekiem, który śledzi wszystkie nowinki związane z motoryzacją, ale bezsprzecznie lubię siedzieć w samochodzie, który jest sprawny, nowy. Wozy zmieniam dość często.

Jednak prawo jazdy zrobił pan dość późno.

Rzeczywiście, zacząłem dość późno, niestety. Jeżdżę dopiero od kilkunastu lat, a powinienem prowadzić już od co najmniej 23. Wcześniej byłem bardzo wygodny. Miałem kierowcę. Wydawało mi się, że jako artysta niezależny i będący w sile swoich możliwości, również ekonomicznych, nie muszę prowadzić samochodu. Ale później doszedłem do wniosku, że to może być frajda i nauczyłem się jeździć. Było to w Ameryce w 1990 roku. Łatwo policzyć, jeżdżę szesnaście lat.

Czym pan jeździł?

Był Amerykanin, był Japończyk. A teraz jest niemiecki merc.

Kilka lat temu chciał pan kupić terenową hondę CRV.

Rzeczywiście, ale ostatecznie zdecydowałem się na mercedesa viano. To taki rodzaj osobowego vana, który bardzo się sprawdza w sensie gabarytowym. Jest duży, a przez to idealny do wożenia muzyków i instrumentów.

Ile pokonuje pan kilometrów?

Rocznie robię około 90-95 tysięcy kilometrów. To dość sporo. Niestety, większość polskich dróg to zupełna tragedia. Ale co robić? Po prostu muszę jeździć, musiałem to polubić. Serce mi się raduje jak wjeżdżam na jakieś nowe odcinki autostrady. Co kilka lat budowanych jest kilkadziesiąt kilometrów jakiejś porządnej drogi. Zazdroszczę młodym wokalistom. Nie tego, że są dopiero na początku swojej drogi, bo ta droga jest bardzo trudna dzisiaj, trudniejsza niż wtedy, gdy ja byłem młody. Ale zazdroszczę im tego, że za kilkanaście lat będą jeździć na koncerty fantastycznymi jezdniami, a nie wąskim drogami, bez poboczy, z możliwością natychmiastowego zabicia się.

Szybko pan jeździ?

Niestety szybko, ale nie brawurowo. Jeżdżę dość pewnie, mam podzielną uwagę. Ale co z tego? Przecież mogę jechać bardzo wolno, a pan, który w tirze zaśnie, może wpaść na mnie. To oni jednak powodują najwięcej wypadków.

Czy w samochodzie słucha pan muzyki?

Mało, raczej słucham w domu. Wychodzę z założenia, że za dużo jest kolizji m.in. z powodu tego, że ludzie nie słyszą tego, co się dzieje wokoło. Pomijam już to, że może pędzić karetka na sygnale albo radiowóz policyjny. Mnóstwo rzeczy się dzieje, które muzyka zagłusza. Słucham natomiast wiadomości w różnych rozgłośniach. Włączam radio co godzinę, później wyłączam. Nie czuję potrzeby, by słuchać muzyki w samochodzie. Mam jej bardzo wiele na co dzień.

Kilka lat temu zapowiadał pan, że wybierze się w podróż życia - dookoła świata. Czy już ją pan zrealizował?

Nie, ale ja cały czas podróżuję. Teraz lecę do Meksyku na sylwestra. Mam w kieszeni całą Europę, Amerykę. Ciągnęło mnie do Australii, ale jakoś przestało. Skośnookie kraje w ogóle mnie nie interesują. Może jeszcze kiedyś się pokuszę o to, by wsiąść w samolot i polecieć przez Hong Kong, Pekin i Tokio. Ale... im jestem starszy, tym bardziej lubię Europę.

A ta podróż sylwestrowa to wyprawa do przyjaciół, znajomych?

Nie, jedziemy w kilka osób do Meksyku, zatrzymamy się w Acapulco. Tam przywitamy Nowy Rok.

Podobno jest pan mistrzem w kuchni.

Już mniej. Teraz jest już taki czas, że jem raczej w restauracjach. Ale potrafię gotować. U mnie wszyscy faceci w domu potrafią. I ojciec, i brat dobrze gotują.

Specjalnością Michała Bajora jest zupa czosnkowa.

Zupa czosnkowo-kukurydziana. Przepis jest bardzo prosty. Wrzuca się do wody kukurydzę z puszki razem z sosem. W garnku są już wcześniej pokrojone marchewka, kiełbaska, szyneczka, ziemniaczki, mogą być też grzybki suszone. Do tego dorzuca się czosnek i już się gotuje. Jeśli ktoś nie lubi mięsa, może ją zrobić tylko na bazie ziemniaków, grzybów i kukurydzy. Do tego przygotowuje się grzankę. Dla wegetarian to grzanka z żółtym serem, dla pozostałych - z plasterkiem szynki. Opieka się ją w piekarniku i wrzuca do talerza, już do zupy. Jest bardzo mięciutka, rozpływa się pod łyżką.

A jakie są pańskie ulubione dania?

Bardzo lubię właśnie zupy. Kiedyś przepadałem za mięsami z sosami, ale uznałem, że są zbyt tuczące. Teraz staram się nie łączyć mięsa z ziemniakami. Wolę zjeść warzywa z kawałkiem mięsa albo ryż z owocami. Unikam łączenia węglowodanów z białkami.


Rozmowa z Michałem Bajorem, piosenkarzem i aktorem"
Adrian Karpeta
Dziennik Zachodni nr 301
28-12-2006


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karline
zBAJORowany


Dołączył: 04 Sie 2008
Posty: 3485
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 131 razy
Ostrzeżeń: 1/5
Skąd: z nikąd
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 7:06, 15 Wrz 2008    Temat postu:

Kobiety w życiu i pracy Michała Bajora
Z Michałem Bajorem, aktorem i piosenkarzem rozmawia Marek Zaradniak.

W przygotowanym przez pana spektaklu "Za kulisami" słychać z offu głosy kobiet. Przede wszystkim Krystyny Jandy. Co zadecydowało o jej wyborze?

Wybrałem Krystynę razem ze sponsorami. Chcieli mieć duże, nośne nazwisko. Wydaje mi się, że z polskich aktorek ona jest bardzo medialna. Jest to nasza prawdziwa gwiazda.

- Co w niej ceni pan szczególnie?

- Konsekwencję, przebojowość, pozytywną ekspansywność. Jesteśmy podobni w swoich poszukiwaniach. I w ich realizacji. W dążeniach i w ich determinacji artystycznej. Podporządkowujemy sprawie efektu emocje i siebie.

- Początkowo spektakl miała reżyserować Agnieszka Glińska. Skąd ten wybór?

- Byłem zafascynowany jej spektaklami teatralnymi, które oglądałem. Od "Bambini..." po "Testosteron". Pomyślałem, że to reżyserka, z którą fajnie byłoby się spotkać. Chciałem spotkać kogoś, z kim trochę się poboksuję, albo kogoś, od kogo dowiem się więcej o sobie i o swojej pracy. Mieliśmy kilka spotkań. W pewnym momencie, gdy już byliśmy bardzo blisko realizacji, Agnieszka powiedziała, ze Teatr Narodowy przesunął jej premierę, a ja z kolei nie mogłem czekać. Dlatego bardzo szybko zorientowałem się, że jedyną osobą, która może wyreżyserować przedstawienie muzyczne jest Andrzej Strzelecki. Zadzwoniłem do niego i powiodło się.

- Janda, Glińska. A inne kobiety w pana życiu ? Zatrzymajmy się na trzech poznaniankach, z którymi jest pan zaprzyjaźniony - Annie Kareńskiej, Elżbiecie Smorawińskiej i Ewie Wycichowskiej. Za co ceni pan Annę Kareńską?

- Anię cenię za konsekwencję we wszystkich staraniach, aby sprawy związane z kulturą, muzyką, ze sztuką rozkręcać, rozwijać. Nie bez kozery ilość polskich artystów, nie tylko tych, którzy u niej zarabiali, ale i tych, którzy bywali u niej towarzysko, jest ogromna. Świat artystyczny jest związany z Anną i Andrzejem Tschurlem także prywatnie.

- Z Elżbietą Smorawińską urodziliście się tego samego dnia...

- Jesteśmy spod znaku Bliźniąt. Lubimy rozmawiać. Opowiadać sobie kawały, pić herbatę z koniakiem. To układ towarzysko beztroski, bo ja nic od niej nie chcę. Podejrzewam, że od osób takich jak ona, ludzie zwykle czegoś chcą. Kolegujemy się na zasadzie, że ona bywa na moich koncertach, a ja bywam na imprezach, które ona organizuje. A tematów w trakcie spotkań z nią i Andrzejem Smorawińskim jest mnóstwo.

- A Ewa Wycichowska?

- Ewa Wycichowska to artystyczny, kolorowy ptak z ogromnym doświadczeniem zawodowym i życiowym. Świetnie się rozumiemy i jako ludzie, i jako artyści.

- A inne kobiety w pana życiu?

- Jest ich w branży zawodowej kilka, m.in. Beata Tyszkiewicz i Dorota Stalińska.

- Porozmawiajmy o Beacie Tyszkiewicz.

- To moja chłopięca, ekranowa miłość. Kiedy byłem licealistą, zbierałem jej zdjęcia.

- A potem?

- Gdy już miałem jej album, od Agnieszki Holland, otrzymałem propozycję do zdjęć próbnych w filmie "Wieczór u Abdona". Okazało się, że będę grał kochanka Beaty Tyszkiewicz. To był szok. Pokazałem jej w trakcie pracy ten album i bardzo się śmiała. Ale to było miłe. Jesteśmy do dzisiaj zaprzyjaźnieni.

- A Dorota Stalińska?

- Jestem ojcem chrzestnym jej syna Pawła. Dorota w młodości pomogła mi. Gdy nie miałem gdzie mieszkać, przez pół roku korzystałem z jej gościnności. Dorota miała mocny wpływ na moje życie jako młodego człowieka. Na pewne decyzje, które podejmowałem. Mnie trudno zdominować. Jestem, podobnie jak i Dorota, spod Bliźniąt. Zresztą moja była menedżerka, Joanna Kapkowska, to też Bliźniak. Mój ojciec też jest Bliźniakiem. Ten znak Zodiaku jest trudny dla człowieka, bo to znak dwóch charakterów. Chwiejny, często nieprzewidywalny. Natomiast jest świetnym znakiem dla artysty. Bardzo mu pomaga.

- Dlaczego?

- Bo artysta zmiennym być musi, a Bliźniak pozwala, może niekoniecznie skakać z kwiatka na kwiatek, ale zamieniać się w kameleona.

Często zamienia się pan w kameleona?

- Nauczyłem się tego świetnie, bo często jestem do tego zmuszany. Innej odpowiedzi wymaga ode mnie pani na postoju taksówek, innej oczekuje pani sprzedająca w sklepie mandarynki. Innej twarzy wymaga dyrektor teatru, a jeszcze innej dziennikarz. To nie jest oszustwo z mojej strony, ale umiejętność poddania się chwili i oczekiwaniom rozmówcy. Nie po to, aby komuś sprawić przyjemność, ale, aby samemu mieć spokój.

- Jest jeszcze tajemnicza Carmen za Oceanem. Było o niej głośno swego czasu?

- To była przyjaźń z Florydy sprzed lat Teraz pozostała tylko korespondencja.

- Rozmawiamy o kobietach w pana życiu. Ale co pan ceni w kobietach najbardziej?


- Tajemnicę, piękno i wyrozumiałość. Kobiety są mniej zacietrzewione i wojownicze od facetów, choć, jeśli chcą, to potrafią być od nich silniejsze.

"Silna płeć"
Marek Zaradniak
Gazeta Poznańska nr 55
05-03-2004


Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
monia81
Twarze Bliskie


Dołączył: 15 Maj 2007
Posty: 987
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 16 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Włocławek

PostWysłany: Wto 11:09, 30 Paź 2007
PRZENIESIONY
Pią 19:27, 09 Sty 2009    Temat postu:

kilka ciekawych rozmów z Michałem


http://www.e-teatr.pl/pl/osoby/21,artykuly.html


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Michał Bajor - FORUM Strona Główna -> Ja mam spokój, mnie nie śledzi żaden widz / Prasa Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin