Forum Michał Bajor - FORUM Strona Główna Michał Bajor - FORUM

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Bez cienia kokieterii

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Michał Bajor - FORUM Strona Główna -> Ja mam spokój, mnie nie śledzi żaden widz / Prasa
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Marlena
Madame/ADMINISTRATOR


Dołączył: 11 Wrz 2007
Posty: 3767
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 587 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 12:20, 21 Paź 2008    Temat postu: Bez cienia kokieterii

Bez cienia kokieterii


[link widoczny dla zalogowanych]

Aleksandra Polewska

Zaryzykuję stwierdzenie, że w życiu Michała Bajora trwa ostatnio swoisty festiwal jubileuszy. Pięćdziesiąt lat temu przyszedł na świat, trzydzieści lat temu zaistniał na scenie. Najnowsza płyta "Inna bajka" jest piętnastą w jego karierze, więc również jubileuszową. Nawet w Ameryce był - jak twierdzi - jakieś trzydzieści razy. Same okrągłe liczby. A wszystko zaczęło się od roli wilka w "Czerwonym Kapturku".

- Czy dlatego obsadzono Pana w roli złego wilka, że był Pan małym, czarnym charakterkiem?

- Ależ ja byłem wilkiem zabawnym! To było przedstawienie dzieci dla dzieci, przedstawienie śpiewane, mój ojciec je reżyserował i ja byłem bardzo sympatycznym wilkiem!

- Sympatyczny wilk nie pożera ludzi. Zwłaszcza małych, niewinnych dziewczynek.

- Mój wilk był jednak śmieszny. Tak jak i mój dużo późniejszy Neron w "Quo vadis" też był śmieszny. Wilk oczywiście pożerał i babcię i Czerwonego Kapturka, ale straszył tylko przez chwilę, można powiedzieć, że był takim czarnym charakterem na wesoło.

- Jak warsztatowo wyglądało połykanie babci i wnuczki?

- Zbliżałem się do babci i mówiłem: zaraz cię zjem. Gasło światło, a wtedy ktoś szybko wpychał mi pod sweter poduszkę, która w dalszej scenie udawała pożartą staruszkę znajdującą się w moim żołądku.


- A dlaczego twierdzi Pan, że Pański Neron jest śmieszny?

- Młodzież wychodząca z kina po pokazie "Quo vadis" mówiła do telewizyjnych kamer: Neron był fajny, taki śmieszny! Tej ocenie towarzyszył jednak pewien charakterystyczny uśmieszek, który nieco mnie niepokoił. Bo jak to: Neron śmieszny i fajny? Jednak prawda o tym cesarzu jest taka, że w istocie był on postacią tragikomiczną. I ja go chyba tak zagrałem, choć momentami faktycznie był śmieszny. Nie zabawny tylko śmieszny właśnie. Śmieszny w swoim bezmyślnym okrucieństwie, czy w swoim zadufaniu w sobie jako artyście. Zresztą nie ma nic gorszego niż artysta i dyrektor w jednym, a Neron był i artystą i szefem i to niestety źle się dla niego skończyło. I generalnie takie połączenia źle się kończą. Trzeba się na coś zdecydować: albo się będzie źle rządziło śpiewając, albo się będzie źle śpiewało rządząc.

- Wiele osób, które obejrzały "Quo vadis" mówiło, że urodził się Pan po to, by zagrać Nerona.

- Coś w tym jest! (śmiech). Najlepszym dowodem tego jest to, że napisałem list do Jerzego Kawalerowicza, w którym podkreśliłem, że tę rolę tylko ja mogę zagrać. Dostałem zaproszenie na zdjęcia próbne i wygrałem je w przedbiegach.

- Pański ojciec pracował w opolskim Teatrze Lalek, który zapewne dodawał magii Pana dzieciństwu. Czy korzenie tego co dziś Pan robi tkwią także w tamtym teatrze?

- Nie tylko w nim, również w opolskim amfiteatrze, gdzie mój ojciec prowadził różne próby, także w festiwalach piosenek. Moja mama jest bardzo muzykalna, babcia śpiewała operowo, siostra mojej mamy jest pianistką, brat jest aktorem.


Cała nasza rodzina jest z pogranicza pedagogów (bo kilka pań włącznie z moją mamą to nauczycielki) i artystów. Można powiedzieć, że scenę miałem po prostu w genach. Już jako mały Michał wiedziałem, że będę artystą. Nie byłem tylko pewien czy to będzie śpiew, taniec, gra na fortepianie czy aktorstwo, byłem jednak pewien, że to moje życie będzie związane ze sceną. W którymś momencie piosenka zdominowała moje życie i stało się jasne, że to jest ten kierunek. Być może wrócę kiedyś do filmu, ale w tej chwili swój Teatr Piosenki, z którym mogę podróżować po świecie, w którym sam sobie jestem dyrektorem, który daje mi ogromną niezależność - uważam za fantastyczną sprawę.


- Jako nastolatek zagrał Pan u boku ikony polskiego kina Beaty Tyszkiewicz w filmie Agnieszki Holland. Jak dziś Pan wspomina tamto wydarzenie?

- To była moja pierwsza partnerka i w dodatku tak szalenie sensualna i bliska. Grałem przecież jej młodocianego kochanka mając zaledwie 16 lat. Do dziś pozostajemy w bardzo przyjacielskich, ciepłych i serdecznych kontaktach. Widujemy się w związku z różnymi spotkaniami zawodowymi, czy też towarzysko-zawodowymi, zapraszam panią Beatę Tyszkiewicz na swoje koncerty, często też spotykamy się choćby na ulicy, ponieważ pani Beata ma mieszkanie w pobliżu mojego warszawskiego biura.


- Na Pańskich koncertach rozbrzmiewają piosenki Jaquesa Brela, Charlesa Aznavoura, Edith Piaf. Co Pana w nich tak urzekło, że postanowił włączyć je Pan do swojego repertuaru?

- Wzrastałem słuchając tych piosenek i ich obecność na moich płytach to po prostu ukłon w stronę ich wielkich, francuskich wykonawców. To także chęć niedopuszczenia do tego, by o nich zapomniano, bo przecież nie ma już wśród nas ani Brela, ani Piaf. Ponadto to bardzo piękne piosenki, bardzo literackie, bardzo romantyczne. One stały się dla mnie swoistą trampoliną do tego co robię w tej chwili. W dzisiejszej bardzo trudnej percepcji współczesnego słuchacza mogę śpiewać utwory bardziej melodyjne i jednocześnie zachować pewien ładunek literacki i naukę, którą wyniosłem właśnie z tych francuskich piosenek. Jaką naukę? Przede wszystkim naukę słuchania, ale także tę, która płynęła z tekstów ich utworów. To przecież kawałek świetnej literatury. Jest takie powiedzenie, że "czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał". Jako mały Michał miałem świetne wzorce, począwszy od autorytetów moich rodziców, poprzez chodzenie do teatru, oglądanie festiwali czy wspaniałych koncertów Ewy Demarczyk, Wojciecha Młynarskiego aż po konfrontacje teatralne, które odbywały się w Opolu u ojca w teatrze.

- Skoro jesteśmy przy Edith Piaf, a chwilę wcześniej rozmawialiśmy o różnych pańskich jubileuszach, które ostatnio się zbiegły się w Pana życiu – czy kiedy z ich perspektywy patrzy Pan wstecz, może Pan powiedzieć jak Piaf, że niczego nie żałuje?

- Absolutnie niczego nie żałuję. Przy czym proszę pamiętać, że jej życie było naprawdę tragiczne. Ja często śpiewając jej piosenki mówię, że Edith żyła życiem szybkim, była schorowana, jej historia była bardzo dramatyczna, ale mam nadzieję, że czasami Piaf była także szczęśliwa. Ja mogę niczego nie żałować, ale tak naprawdę nie bardzo mam czego nie żałować. Mnie nikt nie rzucał pod nogi takich kłód, jakie rzucano jej. Kłód losowych, pokoleniowych, genetycznych czy pochodzeniowych. Wywodzę się z rodziny inteligenckiej, która dała mi bardzo dużo możliwości obcowania z szerokim światem, literaturą, kulturą. Jej było nieporównywalnie trudniej, ona była samorodkiem i to jest niezwykłe, że odniosła taki sukces, choć był to niewątpliwie sukces okupiony niezwykłymi cierpieniami.


- Mawia Pan, że jest w połowie swojej artystycznej drogi.

- Może to nie jest połowa, myślę, że przeszedłem już jakieś dwie trzecie. Charles Aznavour ma 84 lata i nadal śpiewa, a ja mam nadzieję, że i mnie uda się pójść jego śladem.


- Z czym kojarzy się Panu Ameryka?

- Kojarzy mi się ze wszystkim co dobre. Poznałem Amerykę poprzez ludzi – mam tu na myśli polonusów – zadowolonych, szczęśliwych, usatysfakcjonowanych swoją pracą i tym co żyjąc w Stanach osiągnęli. I nie mówię tu o milionerach, czy tych, którzy mają po dwa cadillaki i pałac. Mówię o zwykłych ludziach, któ- rzy po prostu odnaleźli swoje miejsce w tamtej rzeczywistości. W Ameryce byłem około trzydziestu razy, raz zatrzymałem się tam nawet na dziewięć miesięcy, to był przełom 1990 i 1991 roku. Dawniej przyjeżdżałem do Ameryki głównie po to, by zarabiać, teraz - na szczęście - zarabiać już można w Polsce, rynek bardzo się zmienił, więc dziś latam za Atlantyk głównie po to, żeby spotkać się z Polonią, z przyjaciółmi, a także rodziną, która tam mieszka. Dziewięćdziesiąt procent ludzi, których poznałem w Ameryce wspominam znakomicie. I mówię to bez cienia kokieterii.


- Czy w jakiejś stosunkowo bliskiej przyszłości można się spodziewać Pana koncertu w Stanach Zjednoczonych?

- Tak i już zapraszam na koncert, który odbędzie się w Chicago w ostatni weekend kwietnia 2008 roku. Natomiast w pierwszy weekend maja zamierzam zjawić się w Toronto.


- Dziękuję za rozmowę.


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez Marlena dnia Pią 20:42, 09 Sty 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Michał Bajor - FORUM Strona Główna -> Ja mam spokój, mnie nie śledzi żaden widz / Prasa Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin